10 grudnia 2011

"Zapach drzewa sandałowego w ostatnich dniach XX wieku" - Wojciech Mróz

Jak pachnie drzewo sandałowe? Próżno szukać go w powietrzu, ponieważ sandałowiec rośnie w dalekiej Australii, wschodniej Azji, czy chociażby na wyspach Pacyfiku. W Polsce jedynym miejscem, gdzie możemy poczuć jego aromat może być sklep indyjski sprzedający orientalne kadzidełka. Jak wiele tracimy, sandałowiec bowiem pachnie niezwykle, energetyzujący, zmysłowy, lekko korzenny zapach pobudza zmysły i wyobraźnię. Czy jego zapach przyczynił się do powstania poniższej książki, tego możemy się jedynie domyślać.
„Zapach drzewa sandałowego” to dziwna książka, próżno w niej szukać zwartej fabuły, czy klarownej akcji. Opowieść składa się ze słów rzucanych często w próżnię, z dialogów często krótkich, niewiele znaczących, czasem zawiłych, innym razem głębokich. To opis zdarzeń, ludzi, myśli. To specyficzny rodzaj rodzinno-towarzyskiego albumu, tworzącego swoisty scenariusz z podziałem na akty, sceny, role. Z informacji zamieszczonej na rewersie dowiadujemy się, że książka ta pisana była przez ostatnie 15 lat, co niestety widać. Nie wiem na ile było to zamierzone, a na ile wynika to z chaosu, który wdarł się do książki i już nie chciał jej opuścić. Wszystko tu się miesza, dialogi, wydarzenia, miejsca akcji, a co przerażające książka ta pomyślana jest jako pierwsza część trylogii! Strach się bać, co może być w kolejnych dwóch. Całości książki dopełniają fotografie, równie dziwne i niezrozumiałe jak sama książka.
Muszę przyznać, iż mam kłopot z tą pozycją, trudno mi się ją czytało, trudno recenzowało. Przyznaję się bez bicia, że nie zrozumiałam intencji Autora i moja w tym wina, że nic do mnie nie dotarło, niemniej jednak uwierzcie, bardzo się starałam. Wydawca przyznaje i muszę się z nim zgodzić, że książka ta to wyjątek na polskim rynku wydawniczym, co jednak ma na myśli pisząc o literacko-eksperymentalnym charakterze i werbalnej precyzji tego dzieła? Tego niestety już nie rozumiem. Ale, ale… żeby nie było tak całkiem źle zwrócę Waszą uwagę na piękną szatę graficzną książki. Niespotykany format, kojarzący się raczej z poręcznymi książeczkami dla dzieci, niż powieściami dla dorosłych, twarda oprawa i soczyście zielona okładka, która wręcz woła czytelnika zasługują na uznanie i wielkiego plusa. Nie dajcie się jednak zwieść temu wołaniu, jeśli nie chcecie znosić katuszy podczas czytania.

Ocena: 2 / 6



Wydawnictwo: Novae Res
Okładka: twarda
Ilość stron: 284


Za możliwośc przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Novae Res oraz Portalowi Sztukater.

8 komentarzy:

  1. Ojjj, ale szkoda. A tak dobrze się ta książka zapowiadała...
    Pozdrawiam i dzięki za cynk!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż... ja raczej podziękuję...:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak źle? Wielka szkoda, bo patrząc na tytuł i okładkę liczyłam na coś świetnego! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ech, a mogło być ciekawie... Niestety, nie sięgnę po tę pozycję, nawet po to, żeby wyrobić swoje własne zdanie na jej temat.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Po takiej recenzji na pewno po nią nie sięgnę;)

    OdpowiedzUsuń
  6. @ Kasandra - też liczyłam, że będzie fajna, no niestety:(

    @ Ewa - dobra decyzja:)

    @ giffin - też żałuję, bo okładka była taka zachęcająca...

    @ Cinnamon - niewiele stracisz, a czasu na inną książkę zaoszczędzisz:)

    @ Miravelle - no cóż, nie mogła napisać nic lepszego na jej temat:(

    OdpowiedzUsuń
  7. @ Catalina - teraz już wiem, że dla mnie też nie:)

    OdpowiedzUsuń